Zwykle zmiana ministra sprawiedliwości skutkuje dużą nowelizacją przepisów dotyczących procedury cywilnej — czyli przepisów regulujących sposób działania sądu, stron, przeprowadzania dowodów oraz postępowania z dokumentami.
Obecny minister na razie nie przygotował jeszcze takiej nowelizacji, ale wątpię, żeby jakakolwiek nowelizacja znacznie przyspieszyła postępowania sądowe.
Dotychczasowe nowelizacje kodeksu postępowania cywilnego w zasadzie sprowadzały się do kreatywnej księgowości — takiego zarządzania sprawami, aby statystycznie liczba spraw zakończonych była większa. Na szybkość rozpoznania sprawy i wydania wyroku to jednak nie wpłynęło.
W tym wpisie przedstawiam inne podejście niż ustawodawca — skupiam się na technicznych aspektach funkcjonowania sądu. Moje propozycje niekoniecznie muszą znacznie przyspieszyć postępowań sądowych. Na ich czas trwania wpływa także działanie lub bezczynność pozwanego, który przeważnie nie jest zainteresowany szybkim rozstrzygnięciem. Niemniej jednak wdrożenie takich rozwiązań w skali setek tysięcy spraw z pewnością pozytywnie wpłynie na postrzeganie sprawności i efektywności sądów przez opinię publiczną.
Przykłady opisane w tym wpisie dotyczą sądów apelacji krakowskiej.
Wpływ papierowych opinii biegłych na szybkość postępowań sądowych
Postępowanie biegłego w sprawach dotyczących na przykład wyceny nieruchomości przebiega następująco. Zanim sąd zleci biegłemu wykonanie opinii, protokolant ustala, który biegły podejmie się jej wykonania w rozsądnym terminie 2–3 miesięcy.
Termin ten jest bardzo optymistyczny — przeważnie biegły przekazuje sądowi opinię po upływie 4–6 miesięcy.
Jeśli biegły zgodzi się wykonać opinię, sąd oficjalnie wyznacza go do jej wykonania i ustala zakres, wydając stosowne postanowienie.
Do tego momentu czynności administracyjne przebiegają sprawnie — zajmuje to zazwyczaj około tygodnia. Aby wykonać opinię, biegły musi zapoznać się z treścią akt, w których znajdują się istotne dokumenty: zeznania świadków, opis stanu nieruchomości, wypisy i wyrysy z ewidencji gruntów, wydruki ksiąg wieczystych i inne.
Dlatego biegły wypożycza od sądu całe akta sprawy. Akta to papierowe teczki — w przeciętnej sprawie jest ich od jednej do trzech.
Aby wypożyczyć akta, biegły musi osobiście przyjechać do sądu, odebrać je i pokwitować odbiór. W tym czasie sąd pozostaje bez akt sprawy — znajdują się one u biegłego.
Pojawia się pytanie: co może stać się z aktami?
W praktyce akta nie giną, ale może coś się stać z biegłym. Może na przykład poważnie zachorować — wtedy jego zobowiązania przestają mieć znaczenie.
Wydawałoby się, że w takiej sytuacji biegły powinien poinformować sąd, a ktoś odbierze od niego akta. W praktyce jednak biegły zatrzymuje akta, a sąd wzywa go do ich zwrotu.
W pewnym momencie sąd traci cierpliwość i nakłada na biegłego grzywnę. To nic nie daje, więc ją ponawia. Biegły nadal nie zwraca akt — bo przecież jest chory i cały świat powinien zostawić go w spokoju. Taka sytuacja może trwać kilka miesięcy.
Niektórzy sędziowie w desperacji grożą biegłemu, że zgłoszą sprawę do przewodniczącego sądu, który skreśli go z listy biegłych sądowych, a nawet zawiadamiają prokuraturę.
Sam miałem sytuację, gdy biegły tuż przed emeryturą zachorował i pomimo moich comiesięcznych próśb oraz jego obietnic (”..że już kończę opinię i akt zwrócę”) przetrzymywał akta przez 6 miesięcy. Finalnie nie wykonał opinii i dostał grzywnę za ignorowanie sądu. Sprawy sądowej to oczywiście nie przyspieszyło.
Przez cały ten okres sąd nie mógł prowadzić postępowania, bo bez akt nie mógł zlecić wykonania opinii innemu biegłemu. Dla sądów sytuacja z biegłymi jest bardzo trudna. Dobrych biegłych jest mało, a spraw dużo. Niesumienni biegli potrafią się obrazić na sądy już po pierwszej grzywnie za opóźnienie i rezygnują z pracy na rzecz sądu. Dlatego sędziowie dość oszczędnie stosują grzywny — chcą uniknąć sytuacji, w której w danej apelacji nie ma biegłego i trzeba go szukać po całej Polsce.
W apelacji krakowskiej dostępni są biegli z zakresu geodezji i wycen nieruchomości, ale brakuje specjalistów z innych dziedzin. To wpływa na sprawność postępowań sądowych i dostępność sądów dla obywateli.
W mojej ocenie wynika to z wysokości wynagrodzeń biegłych. Wynagrodzenia biegłych z zakresu geodezji i wyceny nieruchomością są na tyle wysokie, że biegłym opłaca się pracować w przeważającej części dla sądów.
Wynagrodzenia innych biegłych stanowią natomiast niewielki ułamek wynagrodzeń biegłych z zakresu geodezji i rzeczoznawstwa, co stawia pod znakiem zapytania sensowność pracy dla sądu. Tacy biegli nie utrzymają się z samych opinii sądowych, więc podejmują także inne zlecenia — to wpływa na ich dostępność i szybkość wykonywania opinii.
Wracając do problemów z aktami i biegłymi — rozwiązaniem byłoby skanowanie wszystkich akt i udostępnianie ich biegłemu w formie elektronicznej, na przykład poprzez link do pliku (rozwiązanie chmurowe).
W ten sposób odpada problem wypożyczania akt. Akta sprawy cały czas znajdują się tam, gdzie powinny być — w sądzie. Jeśli biegły nie podoła zleceniu, sąd po prostu odcina mu dostęp do akt i udziela go innemu biegłemu. Wszelkie czynności na elektronicznych dokumentach można łatwo monitorować i kontrolować, na przykład kopiowanie czy drukowanie.
Oczywiście wdrożenie tego rozwiązania wymagałoby prowadzenia akt w formie elektronicznej — lub przynajmniej ich skanowania przed udostępnieniem biegłemu.
Rozwiązanie, które można wdrożyć już teraz przy wykorzystaniu istniejącej infrastruktury — Portalu Informacyjnego Sądów — to wymaganie, aby biegli sporządzali opinie w formacie PDF i podpisywali je elektronicznym podpisem kwalifikowanym.
Dla biegłego oznacza to oszczędność czasu — nie musi zlecać druku kilkudziesięciu egzemplarzy opinii. Dla stron to oszczędność kosztów. W jednej z prowadzonych przeze mnie spraw o ustanowienie służebności biegły został zobowiązany przez sąd do wykonania dodatkowych 12 egzemplarzy opinii, co kosztowało 1 148,76 zł.
Złożenie opinii przez biegłego w formacie PDF pozwoliłoby na szybkie udostępnienie jej przez Portal Informacyjny Sądów — zarówno dla pełnomocników zawodowych (którzy muszą korzystać z portalu), jak i dla stron (które mogą z niego korzystać).
Niestety biegły składa opinię do sądu, a następnie zalega ona w aktach od 1–3 miesięcy, zanim zostanie wysłana do stron postępowania.
Absurdalność obecnych rozwiązań z papierowymi opiniami i przerzucaniem się aktami między sądem a biegłym można najlepiej zobrazować następującą sekwencją zdarzeń:
- biegły przygotowuje opinię (przeważnie w formacie Word lub PDF),
- drukuje ją i składa w sądzie w wersji papierowej,
- sąd przetrzymuje opinię przez kilka tygodni lub miesięcy, a następnie wysyła ją — na przykład do pełnomocnika zawodowego — w wersji papierowej za pośrednictwem Poczty Polskiej,
- pełnomocnik zawodowy skanuje papierową opinię do formatu PDF, aby udostępnić ją swojemu mocodawcy (kontakt z klientem, który mieszka w innym kraju, jest możliwy tylko za pośrednictwem emaila lub innych form elektronicznej komunikacji).
W ten sposób powstaje bezsensowna pętla — dokumenty zaczynają i kończą w formacie elektronicznym (PDF), ale w międzyczasie wielu ludzi (pracownicy sądów i Poczty Polskiej) wykonuje mnóstwo manualnej pracy. Do tego dochodzą koszty druku i wysyłki. A co mnie osobiście najbardziej boli — obieg tych dokumentów zajmuje wiele tygodni.
Gdyby opinia biegłego trafiała do sądu w formacie PDF i była w takiej formie udostępniana stronom, obieg dokumentów zająłby około 3 dni zamiast kilku tygodni.
Udostępnianie i wypożyczanie akt sprawy do innych sądów
Podobne problemy występują między sądami lub między sądem a prokuraturą.
Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów jest sprawa, w której sąd wystąpił do prokuratury o udostępnienie akt prowadzonego przez nią postępowania. Pierwsze trzy prośby zostały zignorowane — prokuratura nie raczyła nawet odpisać.
Dopiero czwarta prośba sądu okręgowego skierowana do prokuratury z północnej części Polski przyniosła skutek. Prokuratura przesłała akta w formie elektronicznej — zeskanowane i nagrane na płytkę CD, oczywiście Pocztą Polską.
Jak się okazało, prokuratura zeskanowała i udostępniła nie te akta o które sąd prosił. Po kolejnym monicie sądu, prokuratura w końcu udostępniła… papierowe akta sprawy.
Przez cały ten okres postępowanie sądowe nie posunęło się nawet o centymetr, same akt prokuratorskie też nic nie wniosły treściwego do sprawy. Czas oczekiwania na akta zajął ok. 2 lat.
Gdyby — podobnie jak w przypadku biegłych sądowych — akta spraw były wypożyczane tylko w formie elektronicznej, a najlepiej gdyby sprawy prowadzone były wyłącznie elektronicznie, to czynność wypożyczenia sprowadzałaby się jedynie do udostępnienia linku do danej sprawy sądowi z innego wydziału lub rejonu.
Co więcej, dostęp do sprawy prowadzonej przez inny sąd pozwoliłby na bieżące monitorowanie, czy zapadło już prawomocne rozstrzygnięcie. Ma to szczególne znaczenie w sytuacjach, gdy rozstrzygnięcie innego sądu stanowi prejudykat dla sprawy. Na przykład — do czasu ustalenia spadkobierców przez sąd spadku sprawa o zapłatę nie może zakończyć się wydaniem wyroku przeciwko spadkobiercom dłużnika, który zmarł w trakcie postępowania.
Oczywiście dostęp taki można ograniczać, weryfikować i kontrolować — bez ryzyka, że akta gdzieś się zagubią w innym sądzie lub że sędzia pójdzie na urlop razem z aktami, a urlop przedłuży się na dłuższe chorobowe.
Wystarczy zaprzyjaźnić się ze skanerem dokumentów (ADF) i formatem PDF.
Protokołowanie na rozprawach
Kolejny temat, który wydawałoby się prosty do rozwiązania i ulepszenia, to protokołowanie na rozprawach. Jak to wygląda obecnie w 99% spraw, z którymi miałem do czynienia w sądach apelacji krakowskiej?
Jeśli ktoś miał kiedyś okazję zeznawać w sądzie jako świadek, zapewne pamięta, jak sąd mu cały czas przerywał.
Przykładowa sytuacja, w której świadek zeznaje:
Sąd — proszę powiedzieć, co jest Panu/Pani wiadome w sprawie.
Świadek (przygotował sobie w myślach odpowiedź i chciałby ją ze szczegółami opowiedzieć) — Mój dziadek kupił tę działkę w 1962 r. od sąsiada, Pana…
Sąd — przepraszam, musimy to zaprotokołować. Sąd dyktuje protokolantowi treść zeznań — ja wiem, czego dotyczy sprawa, mój dziadek kupił działkę w 1962…
(po dwóch minutach)
Sąd — proszę kontynuować.
Świadek — na czym ja to skończyłem… (świadek kompletnie wybity z rytmu odpowiedzi próbuje sobie przypomnieć dalszą treść tego, co chciał powiedzieć).
Żeby nie było, że tylko (po krakowsku) narzekam — w 1% spraw byłem świadkiem innej sytuacji.
Świadek swobodnie zeznaje, sąd w ogóle mu nie przerywa, tylko prosi, żeby co jakiś czas mówił wolniej. W tym czasie protokolant, patrząc cały czas w ekran monitora, dosłownie zasuwa rękami po klawiaturze. Zapisuje na bieżąco wszystko to, co zeznaje świadek. To było w Sądzie Okręgowym, Wydziale I Cywilnym.
Nigdy więcej już tego protokolanta nie widziałem — pewnie odszedł z sądu lub awansował do Sądu Apelacyjnego.
I teraz pytanie: czy nie można wymagać, aby każda osoba przyjmowana do sądu do pracy w charakterze protokolanta musiała umieć pisać szybko (czytaj: bez patrzenia na klawiaturę, wszystkimi 10 palcami), albo zanim zostanie dopuszczona do protokołowania, musiała się tego nauczyć?
Czy umiejętność szybkiego pisania jest trudna do nauczenia?
Kiedy jeszcze odbywając aplikację przez przypadek zostałem zatrudniony w sądzie jako sędziowski asystent, już pierwszego dnia w pracy zorientowałem się, że moja praca będzie polegała na pisaniu na klawiaturze. Żeby sobie ułatwić sprawę, zacząłem trenować szybkie pisanie — wtedy były programiki do nauki pisania wszystkimi palcami. Nauka była dość żmudna i po jakichś 2 tygodniach po prostu zacząłem sam pisać, starając się nie patrzeć na klawiaturę, tylko cały czas śledzić tekst na ekranie komputera.
Po kolejnych dwóch tygodniach w zasadzie pisałem już płynnie.
Gdyby mnie ktoś poprosił o odtworzenie układu klawiatury QWERTY z pamięci, nie byłbym w stanie tego zrobić, ale kiedy piszę na klawiaturze, nie mam problemu z trafieniem w odpowiedni klawisz — robię to już odruchowo, kwestia praktyki.
A jak jest w sądach?
Niestety można to łatwo sprawdzić. Protokolant siedzi na tyle wysoko, że rzut oka na jego klawiaturę pokazuje, że używa tylko dwóch palców, najczęściej wskazujących, i patrzy na klawiaturę — to nie jest szybkie pisanie.
Z tego powodu rozprawy trwają długo. Zanim sąd podyktuje protokolantowi, mijają minuty, a w tym czasie świadek czeka, żeby móc wrócić do odpowiadania na zadane pytanie (do składania zeznań).
Wymaganie od protokolantów umiejętności szybkiego pisania to rozwiązanie połowiczne i też nieprzystające do dzisiejszych czasów.
Rozwiązanie optymalne to systemy rozpoznawania mowy.
Skoro rozprawy są nagrywane, co stoi na przeszkodzie, żeby słowa świadka były od razu zapisywane w protokole przez system rozpoznawania mowy? Te systemy są tak zaawansowane, że każdy, kto korzysta z asystentów głosowych w swoich smartfonach, może to potwierdzić.
Wydawanie przez sąd odpisów prawomocnych postanowień i tytułów wykonawczych
Wczoraj czekałem w sądzie, aby złożyć dokumenty na dzienniku podawczym. Akurat trafiłem na moment, w którym czynne były tylko dwa okienka, a ja byłem dwunasty w kolejce. Siedzę sobie i słyszę, jak jedna pani pyta pracownika sądu, kiedy dostanie odpis prawomocnego postanowienia. Pracownik odpowiedział, że nie ma takich informacji i trzeba pytać w sekretariacie konkretnego wydziału, który wydał postanowienie.
Pani już miała odejść zawiedziona, gdy ja po prostu powiedziałem na głos:
— Proszę pani, miesiąc do trzech (wersja optymistyczna), a jak ma pani pecha, to za pół roku — o ile napisze pani trzy ponaglenia.
Pani zrobiła wielkie oczy i z niedowierzaniem zapytała: — Tak długo? Na co ja odpowiedziałem: — Długo w sądzie to jest powyżej 10 lat..
Kiedy człowiek w końcu przebrnął przez postępowanie sądowe i uzyskał upragniony wyrok lub postanowienie kończące sprawę, myśli sobie: potrzebuję jeszcze prawomocnego odpisu — pewnie wydadzą mi go od ręki. Przecież sprawa trwała tyle lat, teraz już będzie szybko. Oj, srogo się zawiedzie.
W praktyce sąd wydaje odpis prawomocnego postanowienia w ciągu 1–3 miesięcy. Zdarzają się jednak przypadki, że trwa to nawet 16 miesięcy — przez grzeczność nie napiszę, który wydział sądu potrzebował tyle czasu na wydanie prawomocnego odpisu postanowienia spadkowego.
Czym jest prawomocny odpis orzeczenia? To wydruk komputerowy treści wyroku lub postanowienia z okrągłą pieczęcią z orłem i pieczątką pracownika sądu poświadczającą zgodność odpisu z oryginałem. Bez tego dokumentu nie można skierować wniosku do komornika, dokonać wpisu w księdze wieczystej lub ewidencji gruntów ani załatwić sprawy u notariusza. To dokument kluczowy — cel całego postępowania. Prawnicy często mawiają, że do sądu nie idzie się po sprawiedliwość, tylko po wyrok.
Stwierdzenie prawomocności wyroku, postanowienia lub nakazu zapłaty jest czynnością dokonywaną przez sąd lub referendarza sądowego. Trzeba być dokładnym — nie można się pomylić.
W praktyce orzecznicy korzystają z trójdzielnych kalendarzy, na których widoczne są trzy miesiące naraz, np. grudzień 2025 na górze, styczeń 2026 po środku i luty 2026 na dole. Ponieważ terminy sądowe często „zachodzą" na dwa miesiące, taki kalendarz bardzo ułatwia liczenie.
Co do samego sposobu obliczania terminów przez sądy nie mam uwag — sam też liczę to na piechotę, żeby mieć pewność, że jest dobrze. Uwagi mam natomiast do samego procesu wydawania prawomocnych odpisów orzeczeń.
Jeśli sąd raz stwierdzi prawomocność i ujawni tę datę w systemie biurowości (choć w praktyce odbywa się to ręcznie przez wpisanie daty prawomocności w papierowych aktach), to ta data już jest. Wydanie prawomocnego odpisu nie powinno więc w ogóle angażować sądu i pracowników sekretariatu.
Jak to zrobić?
Wystarczy zastosować rozwiązanie już funkcjonujące w e-sądzie, dotyczące klauzul wykonalności.
Jeśli nasze powództwo złożone do e-sądu (Sąd Rejonowy w Lublinie) zakończy się wydaniem nakazu zapłaty i nakaz ten (wobec braku zaskarżenia przez pozwanego) uprawomocni się, otrzymujemy tylko wydruk nakazu zapłaty z nadanym niepowtarzalnym kodem.
Nakaz zapłaty cały czas jest w elektronicznym repozytorium — wydruk to tylko wydruk, żaden tytuł wykonawczy. Komornik weryfikuje taki wydruk, pozyskując własny wydruk z elektronicznego repozytorium.
Nie ma problemu z tym, że tytuł wykonawczy zaginie lub ulegnie zniszczeniu — nie może, bo jest w formie zdematerializowanej jak papiery wartościowe notowane na giełdzie. Stanowi jedynie zapis elektroniczny na sądowym serwerze.
Gdyby każde orzeczenie, które stało się prawomocne, było do pobrania ze strony Portalu Informacyjnego w dowolnym czasie i w sposób całkowicie zautomatyzowany.
Oczywiście Portal Informacyjny można by powiązać z portalem oplaty.ms.gov.pl (na którym można uiszczać opłaty sądowe). Jakie byłoby to wygodne.
A jak jest dzisiaj?
No cóż. Jeśli chcemy uzyskać prawomocny odpis np. postanowienia spadkowego, to musimy:
Napisać do sądu wniosek o wydanie takiego odpisu.
Uiścić opłatę kancelaryjną — 20 zł (zapłacić można przelewem na rachunek sądu — konieczny jest wydruk potwierdzenia przelewu, lub za pośrednictwem portalu oplaty.ms.gov.pl).
Wniosek należy wysłać pocztą lub złożyć osobiście na dzienniku podawczym sądu.
Następnie odczekać 1–3 miesiące (jeśli mamy szczęście), a jeśli go nie mamy, trzeba pisać ponaglenie co miesiąc, aż sąd rozpozna nasz wniosek i prześle nam go pocztą.
Jeszcze tylko wizyta na poczcie z awizem, odczekanie w kolejce i mamy upragniony odpis prawomocnego orzeczenia.
Gdyby proces przebiegał elektronicznie, zajęłoby to — wraz z uiszczeniem opłaty — około 180 sekund.
To samo rozwiązanie mogłoby działać w przypadku tytułów wykonawczych, czyli nakazów zapłaty lub wyroków, którym sąd nadał klauzulę wykonalności — potwierdził, że nadają się do egzekucji (zwykle komorniczej).
Komornicy i wierzyciele zyskaliby znacznie więcej. Zamiast przesyłać papierowy tytuł wykonawczy, wierzyciel składałby wniosek elektronicznie, a komornik pobierałby tytuł wykonawczy — a właściwie weryfikował jego istnienie — za pośrednictwem centralnego repozytorium tytułów wykonawczych. Każdy tytuł mógłby mieć niepowtarzalny numer, a dla ułatwienia kod kreskowy lub kod QR.
Nie byłoby ryzyka fałszowania tytułów wykonawczych. Jak trudno fałszerzowi wykonać okrągłą pieczęć z orłem i wyprodukować tytuły wykonawcze na małe kwoty, kierując wnioski do komorników? Wcale nie jest trudno. Takie przypadki zdarzają się regularnie — prasa donosi o nich co 2–3 lata.
Podsumowując: dematerializacja orzeczeń i odejście od papierowych dokumentów z okrągłymi pieczątkami naprawdę przyspieszyłoby obieg dokumentów — z miesięcy do sekund.
Skorzystałyby na tym także sądy, które nie musiałyby zajmować się takimi czynnościami kancelaryjnymi angażującymi czas pracowników.
Podsumowanie
Dlaczego sądy nie wprowadzą tych lub podobnych rozwiązań? Nie twierdzę, że mam monopol na dobre pomysły — w tym wpisie wskazuję raczej kierunek zmian i podaję przykładowe rozwiązania do stworzenia efektywnego ekosystemu, który nie marnuje zasobów na powtarzalne, manualne czynności.
Dlaczego sądy stosują dziewiętnastowieczne metody pracy z dokumentami? Miałem kiedyś okazję przeglądać bardzo stare akta spraw z lat 40. ubiegłego wieku — tuż po II wojnie światowej. Uderzyło mnie, że dzisiaj prowadzi się akta niemal identycznie. Jedyna różnica? Maszynę do pisania zastąpił komputer i drukarka laserowa. Poza tym nic się nie zmieniło. Tyle że przez te 70 lat świat się zmienił, a informacja dawno została zdematerializowana i przeniosła się do chmury.
Prowadzenie papierowych akt i wymaganie, aby strony (w tym pełnomocnicy) wysyłały pisma w wersji papierowej do sądu, to anachronizm.
Ale dlaczego sądy tak bronią się przed postępem?
Mam swoją teorię.
Po pierwsze, nie ma presji na optymalizację procesu, bo nie ma konkurencji.
Jeśli ktoś chce odzyskać mieszkanie od nieuczciwego najemcy lub pieniądze od nieuczciwego pożyczkobiorcy, nie ma alternatywy dla sądu i musi złożyć pozew. Sądy powszechne w Polsce mają monopol na rozstrzyganie sporów i stosowanie przymusu (egzekucja komornicza).
Drugi powód to kwestia zatrudnienia. Wydawałoby się, że sąd to instytucja powołana do rozpoznawania sporów i udzielania obywatelom ochrony prawnej (taka jest definicja konstytucyjna), ale tak naprawdę to zakład pracy.
Sam pracowałem w sądzie i mogę potwierdzić, że jest to całkiem optymalny pracodawca, u którego można spokojnie łączyć pracę z rodzicielstwem i wychowaniem dzieci — a co najważniejsze — wychodzi się z pracy o godzinie 15:00. Dlatego sądy są atrakcyjnymi pracodawcami dla kobiet. Sądy są sfeminizowane (tu parytety płci całkowicie się nie przyjęły). Liczba pracowników kobiet to około 80–90% w przypadku sekretariatów. Jeśli chodzi o sędziów, proporcje są raczej równe, choć z przewagą kobiet (kobiety 55% / mężczyźni 45%).
Wdrożenie proponowanych przeze mnie zmian skutkowałoby tym, czym skutkuje wdrożenie sztucznej inteligencji w dużych firmach (o czym cały czas napominają prezesi big-techów) — redukcją zatrudnienia, i to potężną.
Bo jeśli zastąpimy papierowy obieg dokumentów elektronicznym, to kto będzie potrzebny na dzienniku podawczym?
Kto będzie przewoził wózkami tony akt między wydziałami (piętrami sądów)?
Kto będzie te akta zszywał, obijał pieczątką, kopertował i wysyłał Pocztą Polską?
To wszystko nie będzie w ogóle potrzebne, bo wszystko będzie w chmurze. A jeśli sąd zacznie korzystać ze sztucznej inteligencji w roli asystenta, to i asystenci stracą pracę.
Na szczęście, znając opór materii i podejście Ministerstwa Sprawiedliwości do elektronizacji sądów (tu przypominam, że termin wdrożenia e-doręczeń w sądach ustalono na 1 października 2029 r. i pewnie ten termin zostanie jeszcze kilka razy przedłużony), nie mamy się czego obawiać.
Zatrudnienie w sądach będzie duże, bo pracy kancelaryjnej i manualnej będzie nadal dużo, a sąd nie będzie w stanie tego w sensownym terminie obrobić.
Tylko sprawy będą się ślimaczyły.
Zastanawiałem się, jaki obraz najlepiej oddaje tempo pracy sądów. Najpierw myślałem o żółwiu, ale żółw porusza się jednak szybciej niż ślimak — dlatego wybrałem te sympatyczne stworzenia, które nigdzie się nie spieszą.







